Przewodnik

Szlak Orlich Gniazd to jeden z najsłynniejszych szlaków turystycznych w Polsce, biegnący przez malowniczą Jurę Krakowsko-Częstochowską i łączący kilkanaście średniowiecznych zamków i warowni. Niniejszy przewodnik krajoznawczy przybliża dwanaście wyjątkowych atrakcji na tej trasie. Znajdziesz w nim historię każdego miejsca, fascynujące legendy oraz praktyczne informacje dla rowerzystów. Ruszajmy Szlakiem Orlich Gniazd!

 

1. Jasna Góra (Częstochowa)

Historia

Jasna Góra to sławne sanktuarium maryjne i zespół klasztorny paulinów, położony na wzgórzu w Częstochowie. Klasztor został ufundowany w 1382 roku przez księcia Władysława Opolczyka, który sprowadził tu zakon paulinów z Węgier. W tym samym czasie książę podarował mnichom bezcenny obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem – dziś znany jako Cudowny Obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Od XV wieku Jasna Góra stała się celem masowych pielgrzymek. W XVII wieku, w czasie potopu szwedzkiego, twierdza jasnogórska pod przeorem Augustynem Kordeckim bohatersko obroniła się przed oblężeniem (1655 r.), umacniając legendę tego miejsca jako duchowej stolicy Polski. W kolejnych stuleciach klasztor rozbudowywano i odnawiano; do dziś dominuje nad okolicą wysoka wieża bazyliki, a cały kompleks otaczają bastionowe mury obronne.

Ciekawostki i legendy

Z Jasną Górą wiąże się wiele niezwykłych opowieści. Według legendy cudowny obraz namalował sam św. Łukasz Ewangelista na stole wykonanym przez Jezusa – stąd jego szczególna świętość. Inna znana legenda dotyczy rabunku z 1430 roku, gdy napastnicy zdewastowali klasztor i pocięli mieczem święty obraz. Gdy rabusie próbowali uciec z łupami, konie nie chciały ruszyć, a herszt w gniewie cisnął obraz o ziemię – natychmiast padł martwy rażony nieznaną siłą. Od tamtej pory na twarzy Madonny widnieją charakterystyczne rysy. W kronikach odnotowano też wiele cudów – np. historię o ciężko chorych matce i córce, które miały odzyskać życie za sprawą gorącej modlitwy przed obrazem. Co ciekawe, Jasna Góra to nie tylko klasztor, ale i niegdyś czynna forteca: mury kryły kiedyś zbrojownię, a nawet więzienie. Dla wielu pielgrzymów – w tym rowerzystów – Jasna Góra stała się celem duchowych wypraw. Co roku organizowana jest Ogólnopolska Pielgrzymka Rowerowa na Jasną Górę, gromadząca setki cyklistów z całego kraju, co świadczy o niezwykłej aurze tego miejsca.

Co warto zobaczyć?

Będąc na Jasnej Górze, koniecznie odwiedź Kaplicę Cudownego Obrazu, gdzie w srebrnej ramie znajduje się ikona Czarnej Madonny – centrum kultu o ogromnym znaczeniu religijnym i historycznym. Tuż obok mieści się barokowa Bazylika Jasnogórska z pięknym wnętrzem i cennymi freskami. Warto zajrzeć do Sali Rycerskiej, dawnej sali zebrań pamiętającej ważne wydarzenia (dziś zdobią ją historyczne chorągwie i wota). Ciekawym miejscem jest Skarbiec i Muzeum 600-lecia, gdzie zgromadzono bezcenne wota, dzieła sztuki sakralnej i pamiątki związane z klasztorem. Dla miłośników historii wojskowości atrakcją będą bastiony i mury – np. Bastion św. Rocha, w którym urządzono ekspozycję poświęconą obronie klasztoru. Jeśli czas pozwoli, wejdź na wieżę klasztorną (ponad 100 m wysokości) – z tarasu widokowego rozciąga się wspaniała panorama Częstochowy i początku Jury.

Dla rowerzystów

Jasna Góra stanowi świetny punkt startowy wyprawy. Rozległe jasnogórskie błonia u stóp klasztoru to miejsce, gdzie można zebrać całą grupę, zrobić pamiątkowe zdjęcie przed wyruszeniem w trasę lub spokojnie przygotować sprzęt do drogi. Rowerzyści docenią fakt, że na terenie pod klasztorem dostępne są źródełka z wodą i sanitariaty, co ułatwia uzupełnienie bidonów przed dalszą drogą. Warto pamiętać, że Jasna Góra to cel wielu pielgrzymek pieszych i rowerowych – spotkanie na trasie innych grup cyklistów nie będzie niczym dziwnym. Atmosfera tego miejsca dodaje energii na start wyprawy, a widok roztaczający się spod klasztoru – na miasto i okoliczne wzgórza – zapowiada krajobrazy, które czekają nas na jurajskim szlaku.

2. Zamek Olsztyn (koło Częstochowy)

Historia

Zamek w Olsztynie to imponująca warownia na wapiennym wzgórzu, której malownicze ruiny witają podróżnych opuszczających Częstochowę. Pierwsze umocnienia istniały tu już w XIII wieku, ale kamienny zamek powstał za panowania króla Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku. Warownia była ogniwem systemu obronnego strzegącego zachodniej granicy Królestwa Polskiego – broniła dostępu od strony Śląska i Czech. Przez wieki zamek należał do królów, a później starostów królewskich; jednym z nich był m.in. przyszły król Zygmunt Stary jako młody książę. Zamek przeżył wiele dramatycznych chwil: w 1587 roku załoga dowodzona przez starostę Kaspra Karlińskiego bohatersko odpierała tu atak wojsk arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, pretendenta do polskiego tronu. Niestety podczas potopu szwedzkiego w XVII wieku warownia została poważnie zniszczona (częściowo wysadzona), a w kolejnych latach popadła w ruinę. Mury zamku przez następne stulecia rozbierano na materiał, pozostawiając dziś jedynie szkielet dawnych zabudowań – malowniczy zarys wieży i murów na szczycie skał.

Ciekawostki i legendy

Olsztyn kryje wiele tajemnic i legend. Jedna z najsłynniejszych opowiada o Maćku Borkowicu, buntowniczym możnowładcy wielkopolskim, którego król Kazimierz Wielki skazał na okrutną śmierć głodową w olsztyńskich lochach. Podobno przez 40 dni jego pobytu tam słychać było jego rozpaczliwe krzyki, a dziś jego duch błąka się nocami po zamkowych murach, jęcząc w ruinach. Inna legenda dotyczy obrony zamku w 1587 r. – kiedy Habsburgowie porwali malutkiego syna dowódcy, Kasper Karliński nie poddał twierdzy nawet, gdy napastnicy ustawili dziecko przed murami. Miał sam odpalić armatę, poświęcając życie syna, by ocalić zamek i załogę. Do dziś mówi się, że w wietrzne wieczory u stóp wzgórza słychać płacz dziecka – echo tamtych tragicznych wydarzeń. Olsztyńskie ruiny przyciągały też poszukiwaczy skarbów. Miejscowe podania wspominają o ukrytych kosztownościach i tunelach ciągnących się pod ziemią. Jedna z legend głosi nawet, że istnieje tajemne podziemne przejście łączące zamek Olsztyn z Jasną Górą oddaloną o kilkanaście kilometrów. W podziemnej rzeczce tego tunelu mają ponoć pływać złote kaczki strzegące skarbów! Choć brzmi to fantastycznie, dodaje ruinom niezwykłego uroku.

Co warto zobaczyć?

Dzisiejszy Olsztyn to przede wszystkim ruiny, ale jakże efektowne. Już z daleka widać smukłą, cylindryczną wieżę obronną górującą nad okolicą – to tzw. stołp, dawny główny punkt oporu zamku. Obok dostrzec można fragmenty murów i baszt wkomponowane w białe ostańce skalne. Wejdź koniecznie na wzgórze zamkowe (prowadzi na nie wydeptana ścieżka przez wapienne skały). Na szczycie staniesz na dziedzińcu górnego zamku otoczonym resztkami murów. Przy północnej skale znajduje się tajemnicza Baszta Studzienna – ruiny wieży, pod którą wykuto kiedyś głęboką na około 80 metrów studnię zaopatrującą zamek w wodę. Dziś wejście do baszty prowadzi też do niewielkiej pieczary pod zamkiem – można tam zajrzeć, aby poczuć klimat dawnych lochów. Spacerując po terenie ruin, warto zwrócić uwagę na niezwykłe formacje skalne stanowiące część fortyfikacji – zamek zalicza się do tzw. „zamków jaskiniowych”, bo naturalne groty i ostańce były wbudowane w jego konstrukcję. Widok z góry zapiera dech: rozległa panorama Jury ze wzgórzami, lasami i wioską Olsztyn u stóp. Przy dobrej pogodzie na horyzoncie majaczy nawet wieża Jasnej Góry! U podnóża zamku znajdują się kramy z pamiątkami i małe gastronomiczne budki (w sezonie), a także tablice informacyjne opisujące historię warowni – warto się z nimi zapoznać przed wspięciem się na szczyt.

Dla rowerzystów

Przyjazd na zamek Olsztyn to prawdziwa nagroda po pierwszych kilometrach trasy. Po dość łagodnym terenie z Częstochowy, wzniesienie zamkowe wymaga krótkiego, intensywnego podjazdu – można go pokonać na rowerze lub podejść pieszo prowadząc jednoślad, by nie tracić sił. U stóp wzgórza, w centrum wsi Olsztyn, znajdziecie kilka restauracji i sklepików – to świetna okazja, by odpocząć, przekąsić coś lokalnego (np. słynne jurajskie ciasto ze śliwkami) i uzupełnić zapasy wody. Rower najlepiej zostawić na dole przy wejściu na teren ruin (warto mieć zapięcie, choć często grupa opiekuje się nawzajem sprzętem). Wejście na zamek wymaga wspinaczki po kamienistym szlaku, gdzie wprowadzenie roweru byłoby trudne – lepiej zostawić go na dole i swobodnie pozwiedzać pieszo. Dla cyklistów lubiących fotografię widok ze wzgórza to okazja do uchwycenia swoich rowerów na tle majestatycznych ruin i nieba. Po zwiedzaniu czeka was przyjemna jazda dalej – opuścicie Olsztyn malowniczą drogą wśród pól i skał, kierując się ku kolejnym atrakcjom. Warto wiedzieć, że w Olsztynie krzyżuje się wiele szlaków rowerowych i pieszych – Szlak Orlich Gniazd jest tu dobrze oznaczony, więc bez trudu odnajdziecie dalszą drogę.

3. Pustynia Siedlecka

Historia

Choć słowo “pustynia” kojarzy się z przyrodą, Pustynia Siedlecka ma genezę zarówno naturalną, jak i częściowo ludzką. Ten niewielki obszar (około 25 hektarów) położony koło wsi Siedlec, kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Częstochowy, to pozostałość po dawnym wyrobisku piasku. W okresie miocenu (w jurze geologicznej) teren ten stanowił dno ciepłego morza – stąd duże pokłady piasku kwarcowego. W XX wieku, do lat 60., prowadzono tutaj kopalnię piasków formierskich (używanych w odlewnictwie). Po zakończeniu wydobycia część obszaru obsadzono sosnami, ale spory fragment pozostawiono naturze – tak narodziła się “pustynia”, gdzie wiatr i słońce rządzą jak na prawdziwej saharze. Dziś Pustynia Siedlecka jest atrakcją przyrodniczą chronioną w ramach Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd. Co ciekawe, od 2025 roku teren przeszedł pod zarząd Lasów Państwowych, które wprowadziły zakaz wjazdu pojazdów mechanicznych – to oznacza, że miejsce jest teraz spokojniejsze i czystsze, idealne dla turystów pieszych i rowerowych.

Ciekawostki i legendy

Mówi się, że Pustynia Siedlecka to druga największa pustynia Jury Krakowsko-Częstochowskiej (po słynnej Pustyni Błędowskiej). Piaszczyste wydmy osiągają tu wysokość nawet 30 metrów – w słoneczne dni nagrzewają się i falują od gorąca, tworząc iście pustynny klimat. Z pustynią wiążą się też barwne legendy. Jedna z nich opowiada o czarnoksiężniku Panie Twardowskim, który niegdyś mieszkał w pobliskim Janowie. Gdy Twardowski próbował uciec diabłu, dosiadając koguta, w pogoń za nim ruszył piekielnik ziejąc ogniem. Diabelski ogień wypalił ziemię na trasie ucieczki czarownika, tworząc właśnie pustynię – tak głosi ludowe podanie, tłumacząc niezwykłe zjawisko piasków pośrodku zielonej krainy. Współcześnie Pustynia Siedlecka była wykorzystywana do różnych nietypowych aktywności: odbywały się tu zawody off-roadowe i biegi pustynne (pierwszy Ogólnopolski Bieg Pustynny zorganizowano w 2009 r.). Spotkać tu można unikatowe gatunki roślin przystosowane do życia na suchym podłożu – np. srebrzyste trawy szczotlichy czy żółte kocanki piaskowe. Oaza „Sahara” w Polsce budzi ciekawość także naukowców, którzy badają, jak przyroda radzi sobie z odzyskiwaniem tak skrajnego siedliska.

Co warto zobaczyć?

Na Pustyni Siedleckiej przede wszystkim warto zobaczyć… piasek – wszechobecny, połyskujący w słońcu, tworzący charakterystyczne wydmy i wydmowe pagórki. Już z drogi zobaczysz nagą przestrzeń piaskową otoczoną lasem. Wejdź na najwyższą wydmę, gdzie ustawiono tablicę informacyjną i prosty punkt widokowy – roztacza się stamtąd panorama pustyni z opisem kierunków i obiektów widocznych na horyzoncie. Przy odrobinie wyobraźni można poczuć się jak na Saharze: morze piasku, w oddali majaczące drzewa jak fatamorgana. Na środku pustyni znajduje się niewielkie oczko wodne zwane „Oazą”. Otoczone trzcinami i sitowiem, stanowi zieloną wyspę wśród piachów – warto podejść i zobaczyć kontrast między suchymi wydmami a bujną roślinnością bagienną tuż obok. Jeśli masz więcej czasu, przejdź się po obwodzie pustyni – z jednej strony widać, jak las powoli „wkracza” na piasek (młode sosny i brzozy tworzą naturalną granicę), a z drugiej strony wydmy są wciąż zupełnie odkryte. Przy odrobinie szczęścia można dostrzec ślady zwierząt na piasku – choćby tropy sarny czy zająca, które zapuszczają się tu nocą. Widok zachodzącego słońca nad pustynią bywa przepiękny, malując piaski złotem i czerwienią.

Dla rowerzystów

Przejażdżka przez Pustynię Siedlecką to atrakcja inna niż wszystkie. Trzeba jednak przygotować się na trudniejszy teren – luźny piasek sprawia, że jazda rowerem może być niewykonalna na dłuższym odcinku. Najlepiej więc zjechać z głównej drogi na skraj pustyni, a potem przeprowadzić rower ścieżką na wydmę. Dla wielu cyklistów to nie lada frajda: zrobić sobie zdjęcie z rowerem na środku „pustyni” lub spróbować kilku metrów jazdy po piasku (grube opony i niskie ciśnienie w kołach mogą pomóc!). W upalny dzień warto tu zajechać wcześnie rano lub późnym popołudniem – południowy skwar na otwartej przestrzeni bywa męczący, a piasek parzy w stopy. Koniecznie miej przy sobie zapas wody, bo w okolicy brak jest źródełek czy sklepów. Plusem dla rowerzystów jest cisza i brak ruchu samochodowego – nowy zakaz wjazdu pojazdów sprawia, że całą przestrzeń masz dla siebie, ewentualnie dzieloną z pieszymi turystami. Pustynia Siedlecka dostarcza niezapomnianych wrażeń i stanowi świetną odmianę od leśnych duktów – ten fragment wyprawy z pewnością będzie wspominany jako ciekawostka geograficzna na trasie. Po krótkim postoju i zabawie na piasku czeka was dalsza droga w kierunku kolejnych atrakcji, więc otrzep piasek z butów, wskakuj na siodełko i jedź dalej!

4. Grota Niedźwiedzia (Złoty Potok)

Historia

Grota Niedźwiedzia to niewielka jaskinia krasowa ukryta w dolinie Wiercicy, nieopodal miejscowości Złoty Potok. Choć nie imponuje rozmiarem (ok. 70 metrów długości korytarzy), ma bogatą historię odkryć. Jej nazwa pochodzi od kości niedźwiedzia jaskiniowego, które znaleziono w środku – niegdyś w grocie tej rzeczywiście bywały legowiska niedźwiedzi w czasach prehistorycznych. Jaskinię prawdopodobnie znano od dawna, ale jej pierwszym „badaczem” w XIX wieku był generał Wincenty Krasiński (ojciec poety Zygmunta Krasińskiego), właściciel pobliskiego majątku. Podczas urządzania romantycznego parku wokół Złotego Potoku w latach 50. XIX w. oczyszczono wnętrze groty z rumoszu skalnego i udostępniono ją gościom jako atrakcję. W trakcie tych prac natrafiono na niezwykłe znaleziska: szczątki zwierząt z epoki lodowcowej – m.in. zęby i kości mamutów, nosorożców włochatych i wspomnianych niedźwiedzi jaskiniowych. Odkrycia te potwierdziły, że grota stanowiła schronienie zwierząt (a może i ludzi) tysiące lat temu. Dziś jaskinia jest łatwo dostępna i chętnie odwiedzana przez turystów, stanowiąc ciekawy przystanek na Szlaku Orlich Gniazd.

Ciekawostki i legendy

Jaskinia leży na terenie Rezerwatu Parkowe, który kiedyś był częścią posiadłości Krasińskich. Zygmunt Krasiński, jeden z wieszczów narodowych, bywał tu na spacerach – to on nadał pobliskim stawom malownicze nazwy (np. „Sen Nocy Letniej” czy „Irydion”). Można sobie wyobrazić, że poeta szukał natchnienia również w chłodnych wnętrzach tej groty. Miejscowi opowiadali kiedyś legendy, że w jaskini ukrywał się zbój, który rabował okolicę, a skarby po nim ponoć do dziś spoczywają w jakimś zakamarku groty. Inna opowieść głosi, że podczas II wojny światowej okoliczni mieszkańcy chronili się w jaskini przed niemieckimi patrolami, bo wejście do niej jest dość dyskretne, zasłonięte skałami i lasem. Grota Niedźwiedzia ma dwa otwory – według niektórych legend jeden służył człowiekowi, a drugi niedźwiedziowi, który podobno mieszkał z pustelnikiem w zgodzie (oczywiście jest to bajka, ale dzieciom z okolicy lubiono ją opowiadać). Co ciekawe, w namulisku jaskini znaleziono także narzędzia krzemienne, co sugeruje, że prehistoryczny człowiek pierwotny również znał to miejsce i być może polował tu na zwierzęta przychodzące do groty. Aura tajemnicy i pradawnej historii czyni z Groty Niedźwiedziej miejsce działające na wyobraźnię.

Co warto zobaczyć?

Grota Niedźwiedzia jest ogólnodostępna – możesz wejść do środka bez specjalistycznego sprzętu. Jej główny otwór ma około 7 metrów szerokości i 5 m wysokości, więc przypomina duże skalne okno tuż nad ziemią. Przed wejściem rozciąga się płaski taras, skąd roztacza się widok na dolinę Wiercicy i pobliski staw. Wewnątrz znajdziesz obszerną, naturalnie oświetloną komorę jaskiniową o wymiarach ok. 10×15 m. Sufit wspierają potężne bloki skalne – uważny obserwator dostrzeże nacieki i mleko wapienne na ścianach, pamiątki po przepływającej tędy wodzie. Dno jaskini jest stosunkowo równe, wysypane piaskiem i drobnym żwirem, co ułatwia zwiedzanie. W głębi komory odchodzą dwa krótkie korytarze – jeśli masz latarkę, możesz zajrzeć w te zakamarki. W jaskini bywa wilgotno i chłodno (nawet latem temperatura wynosi ok. 8-10°C), a po deszczach bywa ślisko, więc zachowaj ostrożność. Na ścianie przy wejściu znajdziesz tabliczkę informacyjną opisującą historię i odkrycia w grocie – dowiesz się z niej, jakie szczątki zwierząt tu znaleziono i jak powstała ta jaskinia. W okolicy jaskini warto rozejrzeć się po pięknym bukowym lesie rezerwatu Parkowe – zwłaszcza wiosną dno lasu pokrywa się kobiercem kwiatów, a jesienią liście tworzą złoty dywan. Kilkaset metrów dalej w dolinie znajduje się urokliwy Staw Zielony (zwany też Stawem Sen Nocy Letniej) z zabytkowym młynem wodnym – to idealne miejsce, by kontynuować spacer, jeśli chcesz na chwilę zostawić rower i nacieszyć się okolicą.

Dla rowerzystów

Grota Niedźwiedzia znajduje się tuż przy czerwonym Szlaku Orlich Gniazd, więc bardzo łatwo do niej trafić na rowerze – prowadzą do niej również lokalne oznaczenia. Jadąc od strony Siedlca lub Złotego Potoku, w pewnym momencie zanurzysz się w gęsty las i poczujesz przyjemny chłód rezerwatu. Tu warto zwolnić – ścieżki są wąskie, leśne, z miękkim podłożem z igliwia i liści, co daje miłą odmianę od twardych dróg. Przy samej jaskini znajduje się niewielka polanka, gdzie można bezpiecznie odstawić rower (np. opierając o drzewo) – grupa z pewnością będzie trzymać się razem, więc sprzęt będzie pod nadzorem. Zwiedzanie jaskini to doskonała okazja, by rozprostować nogi i ochłodzić się nieco. Warto mieć przy sobie małą latarkę lub choćby latarkę w telefonie – w głębi groty jest ciemno i światło pozwoli zajrzeć w jej zakamarki. Uważajcie na śliskie kamienie przy wejściu, zwłaszcza w butach SPD czy szosowych – podłoże bywa wilgotne. Dla rowerzystów to miejsce jest interesujące również dlatego, że pokazuje naturalne oblicze Jury – nie tylko zamki, ale i jaskinie stanowiły kiedyś schronienie ludzi. Po wyjściu z chłodnej groty powrót na słoneczną ścieżkę rowerową będzie miły – odświeżeni ruszycie dalej, a przed wami kolejne atrakcje.

5. Brama Twardowskiego

Historia

Brama Twardowskiego to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji skalnych na Jurze. Ten efektowny, naturalny most skalny znajduje się w lesie koło wsi Siedlec (gmina Janów), niedaleko Złotego Potoku. Skała ma kształt przypominający ogromną, ostrołukową bramę – stąd nazwa. Co ciekawe, sama nazwa została nadana w XIX wieku przez słynnego poetę Zygmunta Krasińskiego, który często spacerował po tych terenach i upodobał sobie tę skałę. Już za czasów Krasińskiego miejsce to było atrakcją turystyczną – z jego inicjatywy dla wygody gości wycięto w skale schodki i platformę (drewniane, dziś już nieistniejące), by można było łatwiej wdrapać się na górę bramy. Geologicznie Brama Twardowskiego jest wytworem erozji wapienia – przez tysiąclecia wietrzenie i woda wydrążyły w skale duży otwór. Formacja stanowi część rezerwatu przyrody „Parkowe”, chroniącego tutejsze unikalne ostańce. Wokół samej Bramy i pod nią znajdują się także mniejsze jaskinie i schroniska skalne. Choć to twór natury, miejsce to na stałe wpisało się w lokalną historię dzięki legendom, które dodają mu sławy.

Ciekawostki i legendy

Jak sama nazwa wskazuje, Brama Twardowskiego wiąże się z postacią Pana Twardowskiego – legendarnego szlachcica-czarodzieja, odpowiednika doktora Fausta w polskich podaniach. Legenda mówi, że to właśnie z tej skały Twardowski miał uciec diabłu, unosząc się na kogucie prosto na Księżyc. Do dziś na skale podobno widać odciski diabelskich pazurów oraz kogucich łap, powstałe w chwili, gdy czart rzucił się w pogoń za czarnoksiężnikiem i odbił od skały. To oczywiście barwna opowieść, ale wielu turystów zadziera głowę i próbuje dostrzec owe ślady na wapieniu! Inna miejscowa legenda głosi, że każda panna, która przejdzie przez skalny otwór Bramy Twardowskiego, wkrótce znajdzie męża – stąd często można tu spotkać rozbawione grupy, które namawiają niezamężne koleżanki na taki „wróżbiarski” spacer. W pobliżu Bramy znajdują się również inne skały o równie diabelskich nazwach, np. Diabelskie Mosty. Według podań to czarty miały je poustawiać, próbując podejrzeć Twardowskiego siedzącego na Księżycu – ale nigdy im się to nie udało i tylko porobiły w lesie skalne zamieszanie. Legendy legendami, a faktem jest, że miejsce to ma w sobie coś magicznego: cisza lasu, przedziwny kształt skały i gra świateł słonecznych przenikających przez otwór tworzą atmosferę jak z baśni.

Co warto zobaczyć?

Brama Twardowskiego ma około 5 metrów wysokości i 8 metrów szerokości – na tyle duża, że swobodnie można pod nią przejść. Najpierw jednak trzeba do niej dotrzeć: z parkingu przy drodze Siedlec–Złoty Potok prowadzi do bramy ok. 600-metrowa ścieżka przez las. Samą bramę skalną najlepiej podziwiać z pewnej odległości, by w pełni ogarnąć wzrokiem jej kształt przypominający gotyckie okno katedry wyrzeźbione w skale. Podejdź jednak bliżej – przy samej skale widać strukturę warstw wapienia, niewielkie wnęki i szczeliny. Można ostrożnie wejść na niższe partie bramy (są naturalne stopnie skalne), ale wspinanie wyżej jest niewskazane dla bezpieczeństwa i ochrony przyrody. Pod łukiem bramy stoi drewniany krzyż – kolejny charakterystyczny element krajobrazu, stawiany tu ponoć już w XIX wieku ku pamięci legendy o Panu Twardowskim. Przejdź pod bramą na drugą stronę – spełniając niejako rytuał przejścia – i spójrz w górę przez skalny otwór: z tej perspektywy niebo w ramie z białej skały wygląda pięknie. W okolicy warto pospacerować, bo w odległości kilkudziesięciu metrów znajdują się inne interesujące ostańce. Diabelskie Mosty to grupa skał nieco na północ – tworzą jakby dwa równoległe mosty kamienne nad małym wąwozem. Z kolei idąc kawałek w stronę drogi, napotkasz kilka mniejszych skałek z niewielkimi jaskiniami (tzw. schroniska jaskiniowe). Cały las jest tu pełen wapiennych form – każde wyróżniające się głazy mają swoje nazwy, np. „Czarci Kot” czy „Leśna Zjawa” (nazwy nadali im pewnie geolodzy lub lokalni miłośnicy przyrody). Brama Twardowskiego jest też fotogeniczna – warto zrobić tu zdjęcie, zwłaszcza gdy słońce rzuca cienie lub gdy jesienią liście buków płoną kolorami wokół białej skały.

Dla rowerzystów

Do Bramy Twardowskiego prowadzi krótki, nieutwardzony dukt leśny – na tyle szeroki, że można podjechać rowerem niemal pod samą skałę. Trzeba jednak uważać na wystające korzenie i kamienie. Większość rowerzystów decyduje się zostawić rower kilkadziesiąt metrów przed bramą i podejść ostatni odcinek pieszo, prowadząc rower lub przypinając go do drzewa. Samo przejście przez „bramę” z rowerem to fajna zabawa – możecie symbolicznie przeprowadzić swoje jednoślady pod skałą, jakby przejeżdżały przez magiczny portal. Według legendy czarci nie lubią dźwięku dzwonków rowerowych, więc jeśli ktoś się boi złych mocy, może dla żartu zadzwonić dzwonkiem przejeżdżając pod bramą! Dla cyklistów to miejsce jest świetnym przystankiem: zacieniony las daje wytchnienie w czasie upału, można tu chwilę odpocząć na pniu drzewa czy dużym kamieniu, delektując się ciszą (często słychać tylko śpiew ptaków). Warto napić się, przekąsić batona energetycznego i ruszać dalej. Pamiętajcie, by nie zostawiać po sobie żadnych śmieci – las jest czysty i dziki, zadbajmy by taki został. Z Bramy Twardowskiego wrócicie tą samą ścieżką do głównej trasy. Po takiej przerwie jedzie się raźno, a w nogach czuć nowe siły. Przed wami kolejny cel, nie mniej tajemniczy – ruiny zamku Ostrężnik.

6. Ostrężnik

Historia

Ostrężnik to dziś zapomniane przez wielu ruiny ukryte w gęstym lesie, ale kiedyś miał być kolejną warownią strzegącą jurajskiego szlaku. O zamku Ostrężnik zachowało się bardzo niewiele informacji – nie pojawia się on w średniowiecznych kronikach, co samo w sobie jest zagadką. Archeolodzy ustalili, że został zbudowany prawdopodobnie na początku XIV wieku. Być może fundatorem był biskup krakowski Jan Muskata lub książę Władysław Opolczyk, który władał pobliskimi ziemiami. Istnieją hipotezy, że Ostrężnik nigdy nie został w pełni ukończony lub był użytkowany bardzo krótko – podczas wykopalisk znaleziono pryzmy niezużytego kamienia, co sugeruje przerwanie budowy. Możliwe też, że pełnił specjalną, tajną funkcję (np. był sekretnym więzieniem dla ważnych jeńców, o którym nie informowano publicznie). Jedyna historyczna wzmianka pochodzi dopiero z XVII wieku, kiedy lokalny rejestr odnotował istnienie „ruin zamku lub wieży” w Ostrężniku. Zamek zatem musiał popaść w ruinę już wcześniej – być może został zniszczony w jakichś lokalnych walkach lub po prostu porzucony i rozebrany przez okoliczną ludność na budulec. Dziś po warowni pozostały fragmenty murów nie wyższe niż metr oraz wyraźne zarysy fosy i wałów ziemnych. Całość porasta las, przez co ruiny wtapiają się w przyrodę, tworząc klimat “zagubionego zamczyska”.

Ciekawostki i legendy

Jeśli brak faktów historycznych, w ich miejsce wkraczają legendy – a Ostrężnik legend ma pod dostatkiem! Miejscowi od pokoleń opowiadali o tym zamczysku niesamowite historie. Według jednej legendy przez długi czas po upadku zamku miał on służyć za kryjówkę rycerzy-rabusiów, czyli band rozbójników, które napadały na kupców i podróżnych. Zbóje ci rzekomo znieśli do Ostrężnika niezliczone skarby z rabunków. Jednak chciwość doprowadziła ich do zguby – pokłócili się o podział złota i pozabijali nawzajem, a w chwilę potem zawaliły się podziemia, grzebiąc ciała zbójców i ich łupy głęboko w jaskini pod zamkiem. Mówi się, że do dziś skarb spoczywa gdzieś pod ziemią, a duchy chciwych rabusiów straszą tych, którzy zapuszczają się nocą w ruiny. Inna legenda twierdzi, że z Ostrężnika wiedzie tajemny podziemny tunel aż do odległego o 15 km zamku w Olsztynie – być może to wariacja opowieści o zbójach, którzy chcieli mieć drogę ucieczki. Jeszcze inne podanie wiąże ruiny z historią powstania styczniowego 1863 r. – niedaleko stoczyła się bitwa pod Śmiertnym Dębem, a rozbity oddział powstańczy miał ukryć w ruinach Ostrężnika swoje dokumenty i skarbiec wojskowy, by nie wpadły w ręce Rosjan. Czy to prawda? Skarbu powstańczego nigdy nie odnaleziono… Wśród miejscowych krążą też opowieści o dziwnych światłach widywanych nad ruinami w niektóre noce – jedni mówią, że to dusze rabusiów, inni, że to błędne ogniki strzegące ukrytego złota. Wszystkie te legendy sprawiają, że Ostrężnik jawi się jako miejsce pełne tajemnic, które pobudza wyobraźnię każdego, kto tu trafi.

Co warto zobaczyć?

Na pierwszy rzut oka Ostrężnik to po prostu leśna polana z porozrzucanymi kamieniami – ale gdy się dobrze rozejrzysz, odkryjesz ślady dawnej fortecy. Przede wszystkim zwróć uwagę na regularny, podłużny pagórek otoczony wgłębieniem – to pozostałość fosy i wałów zamkowych. Fosa odcinała zamek od reszty terenu i do dziś, nawet porośnięta drzewami, tworzy wyraźny owal wokół wzgórza zamkowego. Wejdź na to wzgórze: tu stał zamek górny. W runie leśnym widać fragmenty fundamentów i podmurówek – niewysokie zarysy ścian z białego kamienia. Można dostrzec zarys prostokątnej budowli mieszkalnej i resztki narożnej wieży. Na północno-zachodnim skraju wzniesienia leży kupa gruzu i kamieni – to prawdopodobnie resztki bramy wjazdowej lub baszty bramnej. Koniecznie znajdź wejście do Jaskini Ostrężnickiej, która znajduje się u podnóża zamkowej skały od wschodniej strony. Otwór jaskini jest dość duży, choć częściowo zasłonięty głazami i krzewami – uważny obserwator zauważy wśród zieleni czarną szczelinę prowadzącą wgłąb. Jaskinia ma około 90 m długości korytarzy; kiedyś pewnie służyła jako piwnice zamkowe lub kryjówka. Wejście jest dość łatwe, ale wnętrze szybko staje się niskie i ciemne – nie zaleca się wchodzić daleko bez sprzętu speleologicznego. Można jednak zajrzeć parę metrów z latarką, by poczuć dreszcz emocji. Na głazach przy jaskini bywają wymalowane znaki pozostawione przez grotołazów (oznaczenia trasy) oraz ślady sadzy po ogniskach (choć obecnie rozpalanie ognia w rezerwacie jest zabronione). Cały teren Ostrężnika porasta piękny, naturalny las bukowo-jodłowy. W sezonie w runie znajdziesz mnóstwo paproci, mchów, a latem także jagód. Spacer po tych ruinach to bardziej „doświadczenie przyrody” połączone z odkrywaniem subtelnych śladów historii – coś dla tych, którzy lubią czuć się jak poszukiwacze zaginionych zamków.

Dla rowerzystów

Ostrężnik to atrakcja dla rowerowych odkrywców – nie jest oblegany przez tłumy, więc poczujecie się tu niemal jak pierwsi zdobywcy. Szlak rowerowy Orlich Gniazd prowadzi w pobliże ruin, trzeba tylko wypatrywać znaku lub charakterystycznej tablicy (często stoi tu drewniana strzałka z napisem „Ostrężnik”). Możecie zjechać na wąską ścieżkę w las i po kilkudziesięciu metrach dotrzecie do skraju fosy. Rower najlepiej zostawić przy drzewie – teren ruin jest nierówny i usiany kamieniami, więc jazda tam jest niewskazana. Leśna cisza tutaj jest niezwykła – od razu czuć odosobnienie tego miejsca. To dobry punkt, by zrobić przerwę: usiąść na zwalonym pniu, napić się i wsłuchać w odgłosy lasu. Bywa, że jedynymi towarzyszami będą ciekawskie sikorki lub rudzik przysiadający na gałęzi. Rowerzyści lubiący dreszczyk emocji mogą spróbować podejść pod jaskinię (latarki w dłoń!) – ale pamiętajcie o bezpieczeństwie, śliskich skałach i o tym, by nie zapuszczać się za daleko. Przy eksploracji ruin w kasku rowerowym uważajcie na niskie gałęzie i wystające kamienie pod nogami. Ostrężnik to miejsce, gdzie tempo wycieczki na chwilę zwalnia – nie ma tu komercyjnej infrastruktury, więc nic was nie rozproszy od chłonięcia atmosfery. Gdy już nacieszycie się rolą odkrywców, ruszajcie dalej – przed wami kolejne zamki, a w nogach coraz więcej przygód!

7. Zamek Mirów

Historia

Zamek Mirów malowniczo wyrasta z wapiennych skał nad wsią o tej samej nazwie. Jego początki sięgają XIV wieku. Za panowania Kazimierza Wielkiego (lub tuż po jego śmierci, za rządów regenta Władysława Opolczyka) na miejscu drewnianego grodu zbudowano kamienny zamek. Pierwsze historyczne wzmianki o Mirowie pochodzą z 1405 roku, gdy warownię dzierżył Piotr z Bnina. Później zamek należał m.in. do rodu Myszkowskich herbu Jastrzębiec, a następnie do magnackiej rodziny Męcińskich. Mirów był typowym „orlim gniazdem” – średniej wielkości zamkiem strzegącym okolicy i zapewniającym schronienie lokalnej ludności w razie najazdu. W połowie XVII wieku, podczas potopu szwedzkiego, zamek został mocno uszkodzony (są przekazy, że w 1657 r. spalili go sprzymierzeni ze Szwedami żołnierze węgierskiego księcia Rakoczego). Opuszczona warownia popadała w ruinę – okoliczni mieszkańcy przez lata brali z niej kamień na budowę domów. Mimo to do dziś zachowały się znaczne partie murów i wież, które pozwalają wyobrazić sobie dawny wygląd zamku. Obecnie ruiny są własnością prywatną (rodziny Laseckich, tej samej, która odbudowała Bobolice) i zostały zabezpieczone przed dalszym niszczeniem. Choć nie można ich zwiedzać od środka ze względów bezpieczeństwa, robią ogromne wrażenie z zewnątrz, stanowiąc jeden z symboli Jury.

Ciekawostki i legendy

Mirów i pobliski zamek Bobolice (oddalony o ok. 1,5 km) łączy nie tylko grzbiet skalny, ale i wspólna legenda. Dawno temu oba zamki miały należeć do dwóch braci. Żyli oni dostatnio, a w podziemiach wykopali tunel łączący Mirów z Bobolicami, w którym gromadzili ogromny skarb. Skarbu strzegła czarownica o płonących czerwonych oczach oraz czarny pies – duch przemieniony z jednego z braci, który zginął tragicznie. Według jednej wersji legendy młodszy brat przywiózł z wojny piękną brankę i ukrył ją w Bobolicach. Gdy starszy brat z Mirowa ujrzał dziewczynę, zakochał się i próbował ją uwolnić. Doszło do bratobójczej walki – skarb został przeklęty, a dziewczyna okazała się czarownicą zniewoloną przez złe moce. Od tamtej pory nocą w tunelu słychać szczęk łańcuchów i wycie psa, a w oknach ruin Mirowa pojawia się zjawa o bladej twarzy. Oczywiście tunelu dotąd nie znaleziono, ale poszukiwacze skarbów wielokrotnie przeczesywali okolice. W XIX wieku rzeczywiście odkryto w Bobolicach skarb – gliniane garnce ze złotymi monetami – co tylko podsyciło legendy (ponoć część kosztowności może wciąż pozostawać ukryta). Mirów ma też swoją Białą Damę – miejscowi mówili o duchu kobiety przechadzającym się po murach o północy. Czy to owa branka-czarownica z legendy, czy może nieszczęśliwa dama z innej historii – trudno dociec. Faktem jest, że ruiny Mirowa w świetle księżyca wyglądają niesamowicie i łatwo zrozumieć, skąd wzięły się takie opowieści. Ciekawostką jest również to, że okolice Mirowa stały się ostatnio popularne wśród filmowców: majestatyczne ruiny pojawiają się w kadrach filmów i teledysków promujących Jurę. Zamek Mirów – choć mniej znany niż odbudowany Bobolice – ma w sobie dzikość i autentyzm, które poruszają wyobraźnię każdego odwiedzającego.

Co warto zobaczyć?

Ruiny Mirowa najlepiej oglądać z zewnątrz, obchodząc je wokół wyznaczoną ścieżką. Z daleka widać ich charakterystyczny kształt – strzeliste, poszarpane białe mury niemal stapiające się ze skałami, na których stoją. Podejdź bliżej: przy samej podstawie zamku zobaczysz detale, takie jak pozostałości okien, otwory strzelnicze czy zarys bramy wjazdowej. Na południowej ścianie dostrzec można resztki gotyckich obramowań okiennych komnat mieszkalnych. Zamek miał kiedyś dwie wieże – niższą, czworokątną od strony wjazdu, i wyższą cylindryczną wieżę od strony północnej. Do dziś fragmenty obu są widoczne. W murach wkomponowane są naturalne skały, które służyły za fundament – warto zwrócić uwagę, jak architekci średniowieczni wykorzystali ukształtowanie terenu. Od strony wschodniej rozciąga się rozległy widok na pola i lasy, a na horyzoncie widać sylwetkę kolejnego zamku – Bobolic. Możesz więc stojąc przy Mirowie, zerknąć w dal i zobaczyć cel następnego etapu wyprawy. Pomiędzy Mirów a Bobolicami biegnie szlak granią skalną zwany Grzędą Mirowską – widać na nim liczne ostańce o fantazyjnych kształtach (często wspinają się na nie skałkowcy). O ile samo wnętrze ruin Mirowa jest ogrodzone i niedostępne (ze względu na trwałość konstrukcji), o tyle spacer u podnóży murów zapewnia wystarczająco emocji i pięknych kadrów. Przy parkingu w Mirowie znajduje się tablica z ryciną pokazującą, jak zamek mógł wyglądać w czasach świetności – porównaj ją z tym, co widzisz dziś, by lepiej wyobrazić sobie całą bryłę warowni. W sezonie przy ruinach działają budki z pamiątkami i napojami, a lokalni pasjonaci chętnie opowiedzą ciekawostki o zamku.

Dla rowerzystów

Do Mirowa dojeżdżamy wąską asfaltową dróżką przez wieś – sama końcówka pod zamek wiedzie lekko pod górę, ale to nic wielkiego po dotychczasowych pagórkach. Przy ruinach znajdziecie niewielki parking i wiaty dla turystów – to dobre miejsce, by bezpiecznie przypiąć rowery (są tu stojaki, bo zatrzymują się zarówno rowerzyści, jak i motocykliści). Warto zejść z rowerem nieco na bok, na polankę, skąd roztacza się najpełniejszy widok na zamek – tam można zrobić świetne zdjęcie grupowe na tle ruin Mirowa. Czeka was teraz chwilowy odpoczynek od kręcenia – przejście pieszo (ok. 1,5 km) do Bobolic. Wprawdzie istnieje droga okrężna dla aut i rowerów, ale wiele grup decyduje się zostawić rowery w Mirowie i udać się do Bobolic Grzędą Mirowską na piechotę, by doświadczyć uroku spaceru granią skalną. Jeśli jednak wolicie jechać rowerami, możecie po krótkim postoju ruszyć asfaltem dookoła (to ok. 3 km łagodnej jazdy). Dla tych, co zostają chwilę dłużej, Mirów oferuje parę udogodnień: w sezonie bywa czynny mały bufet z napojami i lodami, obok stoi studnia z wodą (woda raczej techniczna niż pitna, ale można się choć opłukać). Miejsce jest dość spokojne w porównaniu z Bobolicami – mniejszy ruch, co wielu rowerzystom odpowiada. To dobry punkt na uzupełnienie kalorii batonikami lub kanapkami z plecaka w cieniu drzewa. Jadąc dalej, pamiętajcie o kaskach – droga do Bobolic, choć krótka, ma kilka zakrętów i bywa uczęszczana przez samochody turystów. Ale zanim wyruszycie, spójrzcie raz jeszcze na ruiny Mirowa – ten obraz zamku-widma zostanie w pamięci na długo.

8. Zamek Bobolice

Historia

Zamek w Bobolicach to bliźniacza warownia Mirowa, powstała mniej więcej w tym samym okresie. Wybudowano go za czasów Kazimierza Wielkiego około 1350 roku jako element systemu Orlich Gniazd. Pierwszym odnotowanym właścicielem był królewski marszałek Koziegłowski, później zamek przeszedł w ręce możnych rodów, m.in. Krezów i Myszkowskich. W 1587 r. zamek padł ofiarą najazdu – zdobyły go wojska pretendenta do tronu, arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, które splądrowały twierdzę w poszukiwaniu królewskiego skarbca (co dało początek legendom o skarbach). Po odbudowie Bobolice służyły jeszcze przez kilka dekad, lecz podczas potopu szwedzkiego w 1655 r. zostały poważnie zniszczone. Opuszczony zamek zaczął się rozpadać – ostatnim epizodem jego dawnej historii było rozebranie części murów przez okolicznych chłopów pod koniec XVIII wieku, by pozyskać kamień na budulec. Przez następne 200 lat Bobolice straszyły malowniczą ruiną na wzgórzu. Dopiero w XXI wieku nastąpił niezwykły zwrot: rodzina Laseckich, nabywszy teren, postanowiła odbudować zamek. W latach 2002–2011 przeprowadzono kompleksową rekonstrukcję, wzorując się na dostępnych rycinach, opisach i analogiach z podobnymi zamkami. Dziś Bobolice dumnie stoją niemal tak jak przed wiekami – zamek odzyskał dachy, wieże i pełne mury. W odbudowanych wnętrzach urządzono muzealne ekspozycje i pokoje gościnne. To jeden z nielicznych przypadków w Polsce, by prywatny inwestor z taką pieczołowitością przywrócił do życia ruinę zamku.

Ciekawostki i legendy

Bobolice to zamek pełen tajemnic i opowieści. Najsłynniejsza legenda, wspomniana już przy Mirowie, dotyczy tunelu ze skarbami i duchów. Według niej w podziemiach pomiędzy Bobolicami a Mirowem bracia bliźniacy ukryli skarb, którego strzeże czarownica. Legenda ma wiele wersji – w jednej czarownica zwodzi braci, skłócając ich ze sobą, co kończy się tragicznie; w innej to duch jednego z braci błąka się do dziś. Postacią, która pojawia się w bobolickich opowieściach, jest też Biała Dama – zjawa kobiety w bieli. Ponoć pewnego razu w Bobolicach pojawiła się żebraczka prosząca o jałmużnę, a została przez okrutnego kasztelana wypędzona i wyśmiana. Okazało się, że była to przebrana dobra wróżka – rzuciła na zamek klątwę i od tamtej pory co jakiś czas ukazuje się jako biała zjawa, przypominając o konieczności szacunku dla ubogich. Bardziej współczesną ciekawostką jest fakt, że w piwnicach zamku w XIX wieku rzeczywiście znaleziono skarb – natrafiono na naczynia pełne złotych monet (być może zakopane tam wcześniej przez kogoś w obawie przed rabunkiem). Znalezisko to rozbudziło wyobraźnię poszukiwaczy przygód i mogło uwiarygodnić legendy w oczach okolicznych mieszkańców. Ciekawie prezentuje się też proces odbudowy zamku: wzbudzał on spore emocje wśród historyków i entuzjastów zamków – niektórzy chwalili przywrócenie świetności warowni, inni krytykowali zbyt śmiałą rekonstrukcję. Dziś jednak zamek stał się dumą regionu i przyciąga tłumy turystów, a właściciel – Jarosław Lasecki – nieraz podkreśla, że marzył, by wskrzesić legendę Bobolic. Warto dodać, że w 2015 roku kręcono tu ujęcia do serialu historycznego „Korona Królów”, a także wykorzystano zamek w materiałach promocyjnych Jury. Bobolice na nowo tętnią życiem, łącząc w sobie ducha średniowiecza z gościnnością XXI wieku.

Co warto zobaczyć?

Zwiedzanie Bobolic to zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie ruin Mirowa – tutaj przenosimy się w czasie w pełnym wymiarze. Zamek jest udostępniony do zwiedzania z przewodnikiem. Przekraczając mostek i bramę wjazdową, znajdziesz się na dziedzińcu zamkowym otoczonym białymi kamiennymi murami. Warto spojrzeć w górę – zobaczysz drewniane hurdycje (balkoniki obronne) odtworzone na szczytach murów oraz ostro zakończone dachy wież. Na dziedzińcu stoi studnia – zgodnie z tradycją wrzuć grosik na szczęście. Zwiedzanie wnętrz obejmuje m.in. komnatę rycerską z długim stołem, ławami, zbrojami i bronią na ścianach – można tu poczuć atmosferę uczty sprzed wieków. Zajrzymy też do królewskiej sypialni ozdobionej stylizowanymi meblami, arrasami i herbami dawnych właścicieli. Ciekawym pomieszczeniem jest skarbiec – zgromadzono w nim kopie średniowiecznych monet, klejnotów oraz znalezione podczas prac rekonstrukcyjnych drobiazgi (guziki, podkowy, narzędzia). Przewodnik opowie zapewne o tajemniczym znalezisku – szkieletach ludzkich odkrytych w lochach, co od razu skojarzono z legendą (ale to akurat prawda – podczas prac natrafiono na ludzkie szczątki, być może ofiar jakiegoś napadu). Wejdź koniecznie na wieżę zamkową – z tarasu rozciąga się zapierający dech widok na całą okolicę, szczególnie piękny o zachodzie słońca. W oddali widać ruiny Mirowa na przeciwległym wzgórzu oraz ciągnący się grzbiet skalny między nimi. Po zwiedzaniu możesz odwiedzić karczmę zamkową tuż obok – urządzona w stylu rycerskim, oferuje lokalne przysmaki. Dla zainteresowanych historią jest też na zamku niewielka wystawa multimedialna przybliżająca proces odbudowy i przedstawiająca archiwalne widoki ruin Bobolic. Cały obiekt otacza odrestaurowany mur obwodowy, spacer wzdłuż którego daje dodatkową przyjemność – z jednej strony surowa skała, z drugiej soczysta zieleń lasu u podnóża wzgórza. Bobolice to wspaniały przykład połączenia historii z teraźniejszością – można tu nie tylko zwiedzać, ale też przenocować (w zamku funkcjonują pokoje gościnne) czy zorganizować imprezę w klimacie dawnej epoki.

Dla rowerzystów

Do zamku Bobolice można dotrzeć bezpośrednio rowerem od strony wsi, gdzie znajduje się parking. Jeśli jednak wybraliście wariant pieszy z Mirowa granią skalną, zapewne zostawiliście rowery w Mirowie – w takim wypadku będziecie wracać tą samą trasą do swoich jednośladów po zwiedzaniu. Niezależnie od sposobu dotarcia, wizyta w Bobolicach to świetny moment na dłuższy odpoczynek. Przed bramą zamku jest spory plac z ławkami i stojakami rowerowymi – bez trudu przypniecie tam swoje rowery. Warto skorzystać z zamkowej karczmy lub sezonowych straganów, by uzupełnić kalorie ciepłym posiłkiem. Trzeba przyznać, że żurek w chlebie czy pajda swojskiego chleba ze smalcem smakuje tu wybornie po kilkudziesięciu kilometrach jazdy! Dla chętnych – obok zamku działa mały sklepik z pamiątkami; może zechcecie zabrać ze sobą symboliczny suwenir ze Szlaku Orlich Gniazd (np. magnes z wizerunkiem zamku czy rycerski gadżet). Bobolice oferują też możliwość skorzystania z toalety czy umycia rąk (co w przypadku rowerzystów pokonujących pylaste drogi bywa bardzo potrzebne). Jeśli plan wyprawy zakłada nocleg w okolicy, to właśnie w Bobolicach znajduje się hotel zamkowy oraz pobliskie gospodarstwa agroturystyczne – to dobra lokalizacja na zakończenie dnia. Natomiast jeśli jedziecie dalej tego samego dnia, pamiętajcie o uzupełnieniu bidonów. Wyjeżdżając z Bobolic, czeka was zjazd w dół – dość stromy, więc upewnijcie się, że hamulce działają sprawnie. Wrażenia z pobytu w prawdziwym zamku dodadzą wam zapewne skrzydeł – kolejny odcinek drogi pokonacie z łatwością, mając w pamięci piękno Bobolic.

9. Zalew Dzibice (Zalew Kostkowice)

Historia

Po intensywnym zanurzaniu się w historię orlich gniazd pora na spotkanie z jurajską przyrodą w nieco innym wydaniu. Zalew Dzibice, zwany też Zalewem Kostkowice, to kompleks czterech sztucznych jezior na rzece Białce, w gminie Kroczyce. Powstały one w latach 70. XX wieku jako zbiorniki retencyjno-rekreacyjne – zbudowano niewielką zaporę, która spiętrzyła wody Białki, tworząc malownicze rozlewisko między wioskami Kostkowice i Dzibice. Największy z akwenów ma powierzchnię ok. 20 ha i maksymalną głębokość dochodzącą do 5 m. Początkowo zbiorniki miały służyć głównie celom gospodarczym (magazynowanie wody dla rolnictwa i hodowli ryb), jednak szybko doceniono ich walory turystyczne. Już w latach 80. Zalew Dzibice stał się popularnym miejscem wypoczynku dla okolicznych mieszkańców – latem zjeżdżali tu miłośnicy kąpieli, wędkarze oraz obozy harcerskie. Z czasem uporządkowano teren: powstała plaża, pomosty dla wędkarzy, a w pobliżu stanęły domki letniskowe. Obecnie zalew jest częścią Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd, łącząc w sobie funkcję rekreacyjną i przyrodniczą ostoję ptactwa wodnego. Nazwa „Zalew Dzibice” bywa używana zamiennie z „Zalewem Kostkowice” – zależnie od tego, którą wieś ktoś wskaże jako punkt odniesienia. Niezależnie od nazwy, to urokliwe miejsce oferujące chwilę wytchnienia pośród jurajskich wzgórz.

Ciekawostki

Zalew Dzibice słynie z czystej, przejrzystej wody – zasilają go liczne źródełka rzeki Białki, dzięki czemu woda jest regularnie odnawiana. W ciepłe dni bywa tak czysta, że widać piaszczysto-żwirowe dno nawet na głębszych partiach. Ten akwen upodobali sobie wędkarze – można tu złowić karpie, amury, karasie, a także okonie czy szczupaki. Podobno trafiały się nawet spore sumy. Okolica zalewu jest również ciekawa geologicznie: tuż nad brzegami wyrastają wapienne skałki jurajskie, niewielkie, ale malownicze. Jedna ze skał na północnym brzegu nazywana jest „Skałą w Kostkowicach” – służy lokalnym wspinaczom do treningów (choć jest niska, wyposażono ją w kilka ringów). To dość niezwykły widok: lazurowa woda, a nad nią białe skały porośnięte sosnami. W okolicy zalewu archeolodzy odkryli ślady dawnego osadnictwa – znajdujące się opodal wzgórze „Browarek” kryło pozostałości osady obronnej z wczesnego średniowiecza. Strategiczne walory tego miejsca doceniano więc już przed wiekami: dostęp do wody, naturalne wzniesienia i trudno dostępne skały stanowiły idealne warunki obronne. Współcześnie zalew gości czasem zawody triathlonowe oraz imprezy biegowe – płaska, urokliwa trasa wokół wody sprzyja sportowym zmaganiom. Co roku w sezonie letnim odbywa się tu także piknik rodzinny organizowany przez okoliczne gminy, z koncertami i atrakcjami na plaży. Jest to więc miejsce żyjące, nie tylko dzika przyroda, ale i lokalna społeczność tworzą jego klimat.

Co warto zobaczyć?

Zalew składa się z czterech połączonych ze sobą akwenów – największy „główny” zalew i trzy mniejsze oczka poniżej. Warto zatrzymać się przy głównej plaży (od strony wsi Kostkowice). To piaszczysto-trawiasty brzeg, łagodnie schodzący do wody – latem działa tu strzeżone kąpielisko. Nawet jeśli nie planujesz pływać, możesz ściągnąć buty i zanurzyć stopy – orzeźwienie gwarantowane! Rozejrzyj się – wokół wody rośnie pas szuwarów i trzcin, w których często buszują kaczki krzyżówki, łyski czy perkozy. Z pewnością dostrzeżesz też nad wodą jaskółki brzegówki polujące na owady tuż nad taflą. Jeśli obejdziesz zalew kawałek wzdłuż brzegu (warto, to tylko kilkaset metrów), dotrzesz do wspomnianych wapiennych skałek. Jedna z nich tworzy miniaturową „wyspę” przy brzegu, połączoną groblą z lądem – świetne miejsce na zdjęcia. Pomiędzy dużym a małymi zbiornikami znajduje się betonowa zapora i śluza – spójrz na spadającą stamtąd wodę tworzącą mały wodospad. W słoneczny dzień nad unoszącą się mgiełką widać tęczę. Przy zaporze często stoją wędkarze – to ulubione miejsce ryb, więc proszę nie hałasować, by im nie płoszyć zdobyczy. Jeśli masz chwilę, przejdź się groblami rozdzielającymi kolejne stawki – każdy z nich ma nieco inny charakter (jeden bardziej zarośnięty, inny otwarty). Na jednym z mniejszych akwenów utworzyła się podłużna wyspa, na której rosną wierzby – gniazdują tam ptaki wodne, można usłyszeć gęgawę lub zaobserwować czaple polujące o zmierzchu. Przy południowym krańcu zalewu głównego stoi drewniana wiata i miejsce na ognisko – idealne, jeśli planujecie piknik. W upalne dni Zalew Dzibice zachwyca turkusową barwą wody, zaś o zachodzie słońca tafla zamienia się w lustro odbijające czerwienie nieba. To miejsce ma swój spokojny urok – kontrast wobec skalnych urwisk i zamków, jakie dotąd odwiedzaliśmy.

Dla rowerzystów

Zalew Dzibice to wymarzony punkt odpoczynku dla rowerzystów. Po wymagających podjazdach i zwiedzaniu zamków, tutaj teren jest płaski, a orzeźwiająca bryza znad wody przynosi ulgę. Przy plaży w Kostkowicach znajdziecie stojaki rowerowe oraz ławki pod wiatą – można wygodnie przysiąść, zjeść posiłek regeneracyjny i nacieszyć oczy widokiem spokojnej wody. Jeśli macie stroje kąpielowe i sprzyja pogoda, nic nie stoi na przeszkodzie, by wskoczyć do zalewu na krótką kąpiel – to doskonały sposób na zmycie kurzu z trasy i schłodzenie mięśni. Warto jednak kąpać się z rozwagą (stopniowe wejście, niezbyt daleko od brzegu, bo nie ma stałego ratownika poza sezonem). Dla mniej odważnych – można chociaż zanurzyć nogi. Rowerzyści powinni też skorzystać z okazji i uzupełnić zapasy wody; obok plaży często bywa czynny mały bar, gdzie dostaniemy napoje chłodzące, lody czy proste dania. Pamiętajcie tylko, aby po odpoczynku nie wyruszać od razu w pełnym słońcu bez nakrycia głowy – okolice wody mogą „usypiać czujność” chłodem, ale słońce wciąż operuje. Technicznie rzecz biorąc, dojazd do zalewu to lekki zjazd z głównego szlaku Orlich Gniazd – będziecie musieli potem wrócić tą samą drogą pod górkę, by kontynuować trasę. Jednak dystans jest krótki, a warto tu zajechać choćby na pół godziny. Zalew oferuje też przyjemną alternatywę jazdy: można wykonać mini-pętlę rowerową wokół dużego zbiornika (częściowo ścieżkami polnymi) – to około 2 km, idealne na rozkręcenie nóg po przerwie. Po regeneracji nad wodą ruszycie dalej z nową energią. Przed wami ostatni odcinek wyprawy – a w nim kolejne wielkie atrakcje Jury.

10. Zamek Ogrodzieniec (Podzamcze)

Historia

Zamek Ogrodzieniec to prawdziwa perła Szlaku Orlich Gniazd – największy i najsłynniejszy z jurajskich zamków. Jego monumentalne ruiny górują nad wsią Podzamcze, przyciągając wzrok z daleka. Pierwsze umocnienia stanęły tu już w XIII wieku (pozostałości wcześniejszego grodu znajdują się nieopodal na Górze Birów), jednak właściwy kamienny zamek zbudowano w XIV w. za czasów Kazimierza Wielkiego. Nazwa „Ogrodzieniec” oznaczała „ten, który otacza ogród” – być może od ogrodów lub ufortyfikowanego miejsca. W XV wieku warownię przejęła można rodzina Włodków Sulimów, rozbudowując ją. Prawdziwy rozkwit nastąpił jednak w XVI stuleciu, gdy właścicielami zostali Bonerowie – wpływowy ród bankierów i doradców królewskich. Seweryn Boner przekształcił surowy średniowieczny zamek w okazałą rezydencję renesansową, nazywaną czasem „Małym Wawelem”. Powstały wówczas wygodne pałacowe komnaty, arkadowe dziedzińce i bogate zdobienia. Niestety, wojna trzydziestoletnia i najazd szwedzki nie oszczędziły zamku. W 1655 r. Szwedzi spalili i złupili Ogrodzieniec. Odbudował go częściowo kolejny właściciel – Stanisław Warszycki – jednak w 1702 r. ponownie zamek padł ofiarą Szwedów (podczas wojny północnej). Tego ciosu już nie podźwignięto: opuszczoną twierdzę rozebrano częściowo na materiał, a resztę pozostawiono losowi. Przez kolejne wieki ruiny porastały krzewy, stając się atrakcją dla romantyków i malarzy (gościł tu m.in. Zygmunt Krasiński). Od lat 50. XX w. prowadzono prace zabezpieczające i konserwację ruin. Dziś Ogrodzieniec jest udostępniony zwiedzającym jako trwała ruina i stanowi wizytówkę całego regionu.

Ciekawostki i legendy

Zamek Ogrodzieniec owiany jest licznymi legendami, z których najbardziej znana dotyczy Czarnego Psa z Ogrodzieńca. Według podań, po zamkowych murach nocami biega ogromny czarny pies z płonącymi czerwonymi oczami, ciągnąc za sobą długi łańcuch. Ma to być duch okrutnego kasztelana Stanisława Warszyckiego, który w XVII w. wsławił się tyranią wobec poddanych i rzekomym kontaktem z diabłem (podobne legendy ma też zamek w Dankowie, również związany z Warszyckim). Czart miał po śmierci zabrać duszę magnata, a jego pokutującą postacią jest ów piekielny pies pilnujący ukrytych skarbów. Wielu odwiedzających zapewniało, że widziało lub słyszało nocą na zamku coś niepokojącego – kto wie, ile w tym autosugestii, a ile prawdy? Inna legenda mówi o tym, że Warszycki, będąc alchemikiem, stworzył kamień filozoficzny i zamienił swoją żonę w złoty posąg – dlatego jej duch (Biała Dama) również błąka się po ruinach, szukając wybawienia. W duchu bardziej historycznych ciekawostek – w zamku kręcono sporo scen filmowych i telewizyjnych. Już w latach 70. powstawały tu filmy historyczne, a w 2019 r. ruiny Ogrodzieńca posłużyły jako sceneria do bitwy w serialu „Wiedźmin” Netflixa (epicka scena oblężenia z potworami została nakręcona właśnie na dziedzińcach i murach zamku). Wcześniej, w 2001 r., Andrzej Wajda wybrał Ogrodzieniec jako plener do ekranizacji „Zemsty” Aleksandra Fredry – zamek „grał” zrujnowaną siedzibę Cześnika i Rejenta. W Podzamczu każdego roku organizowane są też klimatyczne imprezy – Turnieje Rycerskie, Noce Świętojańskie z puszczaniem wianków, a jesienią cieszące się ogromną popularnością Halloween na zamku, gdy ruiny zapełniają się „straszydłami” i odbywa się nocne zwiedzanie z dreszczykiem. Ogrodzieniec dzierży również rekord frekwencji – jest najchętniej odwiedzanym zamkiem Jury (setki tysięcy turystów rocznie). Trudno się dziwić, bo jego uroda jest wyjątkowa: dość wspomnieć, że ruiny posłużyły jako okładka znanego albumu heavy metalowego (to tylko ciekawostka – chodzi o „Switched” zespołu Flotsam and Jetsam). Zamek inspiruje i przeraża zarazem, łącząc historię z legendą w jedną, fascynującą całość.

Co warto zobaczyć?

Zwiedzanie Ogrodzieńca to prawdziwa przygoda, bo ruiny są rozległe i pełne zakamarków. Przechodząc przez bramę (nad którą widać zarys herbu dawnych właścicieli), wchodzisz na przedzamcze. Tu znajdują się ekspozycje plenerowe: modele machin oblężniczych, dyby, tablice z opisami. Dalej przez kolejną bramę dostaniesz się na dziedziniec wewnętrzny – otaczają go wysokie mury zamku górnego. Zwróć uwagę na potężne filary skalne stojące pośrodku dziedzińca – to częściowo natura, częściowo dzieło budowniczych, którzy wkomponowali zamek między trzy wielkie ostańce (nazywane są: Baszta Kredencerska, Skarbczyk i Studnia). Na dziedzińcu zobaczysz kamienną studnię – podobno ma 100 m głębokości, sięgając poziomu źródeł w Podzamczu. Zwiedzając dalej, koniecznie wejdź po schodach na różne poziomy zamku. Można wspiąć się na taras widokowy na szczycie dawnej wieży – panorama z góry jest imponująca: widać m.in. Pustynię Błędowską na horyzoncie i cały garb Twardowskiego za plecami. W komnatach zamkowych urządzono niewielkie muzeum: zobaczysz tam fragmenty znalezisk archeologicznych (groty strzał, monety, fragmenty ceramiki), a także rekonstrukcje dawnych pomieszczeń. Jest sala tortur z narzędziami kaźni, jest zbrojownia z replikami zbroi i broni, jest wreszcie kuchnia zamkowa z paleniskiem i naczyniami z epoki. W sezonie letnim często spotkasz tu animatorów w strojach z epoki, którzy opowiadają o życiu na zamku, ku uciesze turystów. Po przejściu przez kolejne segmenty murów dojdziesz do części zwanej zamkiem wysokim – tu mieszczą się ruiny reprezentacyjnych budowli: pałacu Bonerów (z zachowanymi obramowaniami okiennymi i kominkami) oraz kaplicy. Zamek wysoki stoi na najwyższej skale – spójrz w dół, aby docenić, jak niedostępna była to forteca. Jeśli nie masz lęku wysokości, zajrzyj przez otwory strzelnicze, które teraz są balkonami widokowymi: widok na dziedziniec z góry pozwala uświadomić sobie skalę budowli. Na koniec zwiedzania warto udać się do tzw. Kurzej Stopki – to wysunięta baszta z charakterystyczną skałą przypominającą kurzą łapę, skąd roztacza się kolejny wspaniały widok na okolicę. Po intensywnym spacerze po ruinach można odpocząć na dziedzińcu – znajdują się tam ławeczki i punkt z pamiątkami. W Podzamczu, tuż obok zamku, jest też Park Miniatur, gdzie zobaczysz modele wszystkich Orlich Gniazd w skali 1:25 – ciekawa atrakcja, by porównać to, co odwiedziłeś w naturze, z ich dawnym wyglądem. W okolicy jest także Dom Legend i Strachów oraz tor saneczkowy – to już propozycje dla rodzin z dziećmi, jeśli ktoś ma czas. Jednak główną gwiazdą pozostaje sam zamek Ogrodzieniec – i gwarantujemy, że obraz jego białych murów długo pozostanie w pamięci.

Dla rowerzystów

Do zamku Ogrodzieniec prowadzi krótki, ale sztywny podjazd asfaltem do Podzamcza – ostatnie metry przed bramą wiodą stromą uliczką, gdzie przyda się mocne depnięcie na pedały (lub spacer obok roweru, co nie jest żadnym wstydem po takim dystansie!). Na górze czeka duży plac – tutaj znajduje się wejście na zamek. Rowerzyści mają do dyspozycji parking, gdzie bez problemu można przypiąć rowery (najlepiej przy specjalnych stojakach lub ogrodzeniu; w sezonie bywa też strzeżony parking rowerowy za drobną opłatą). Z racji tłumu turystów i wąskich przejść po zamku, oczywiście zwiedzać trzeba pieszo. Dobrze jest zabrać ze sobą lekką kurtkę lub bluzę – w podziemiach zamku i między grubymi murami jest wyraźnie chłodniej, co może być miłym wytchnieniem od słońca. Zwiedzanie Ogrodzieńca zajmuje minimum godzinę, więc zaplanujcie tu dłuższy postój. To dobry moment na posiłek – w miasteczku Podzamcze nie brakuje restauracji, barów ani budek z fast-foodem. Popularne wśród rowerzystów są np. miejscowe kiełbaski z grilla lub kołacz węgierski na słodko. Pamiętajcie jednak o nawodnieniu – sporo schodów w zamku może dać wycisk zmęczonym nogom, więc warto mieć wodę przy sobie. Ogrodzieniec bywa zatłoczony w weekendy – trzeba czasem chwilę poczekać przy węższych przejściach, ale z perspektywy rowerzysty może to być zaleta: da to waszym mięśniom dodatkowy czas na regenerację przed finałowym etapem podróży. Po wyjściu z zamku nie odjeżdżajcie od razu – rzut oka na ruiny z zewnątrz, w pełnym słońcu, lub z okolicznych pól, pozwala docenić ich ogrom. Czeka was teraz zjazd z Podzamcza – dość szybki i kręty, więc trzymajcie mocno kierownice i kontrolujcie prędkość. Po intensywnych wrażeniach w Ogrodzieńcu dalsza droga będzie nieco spokojniejsza i mniej pagórkowata – co nie znaczy, że mniej ciekawa. Wkrótce bowiem dotrzecie do przedostatniego przystanku: Pustyni Błędowskiej.

11. Pustynia Błędowska

Historia

Pustynia Błędowska to najsłynniejsza polska pustynia i ewenement przyrodniczy na skalę europejską. Leży na pograniczu Wyżyny Olkuskiej i Śląskiej, między miejscowościami Klucze, Chechło i Błędów. Obszar piaszczysty obejmował pierwotnie około 32 km² (dziś czynnej pustyni jest mniej z powodu zarastania). Powstanie Pustyni Błędowskiej zawdzięczamy zarówno naturze, jak i działalności człowieka. Geologicznie to osady polodowcowe – gruba warstwa piasków i żwirów pozostawiona przez wody topniejącego lodowca. Przez tysiące lat teren ten porastały lasy, jednak w średniowieczu zaczęto masowo wycinać drzewa na potrzeby pobliskich kopalń srebra i ołowiu w Olkuszu. Wykarczowanie lasów i obniżenie poziomu wód gruntowych (kopalnie pompowały wodę) sprawiło, że piaski zostały odsłonięte i zaczęły się przemieszczać. Już w XIII wieku pojawiły się pierwsze obszary pustynne, a do XIX wieku krajobraz przybrał charakter prawdziwej pustyni – z wydmami, burzami piaskowymi i brakiem stałej roślinności. Nazwa „Błędowska” pochodzi od wsi Błędów, ale ludowe podania wiązały ją z „błędnymi terenami”, gdzie łatwo zabłądzić wśród piasków. W XX wieku Pustynia Błędowska była wykorzystywana jako poligon wojskowy – ćwiczyły tu nawet oddziały Afrika Korps generała Rommla przed wysłaniem na Saharę w czasie II wojny światowej! Później również Wojsko Polskie prowadziło tu ćwiczenia (ostrzał artyleryjski i zrzuty lotnicze). To w pewnym sensie zahamowało zarastanie pustyni, bo eksplozje i pojazdy niszczyły kiełkującą roślinność. Gdy jednak w latach 90. ograniczono działalność wojska, pustynia zaczęła zarastać sosną i brzozą. Obecnie prowadzi się działania ochronne – wycinanie drzew i przywracanie otwartego terenu w ramach projektu Life+ „Pustynia Błędowska”. Dzięki temu znów można podziwiać rozległe połacie piachu. Pustynia bywa nazywana „Polską Saharą” lub „Białą Pustynią”. W 2019 roku objęto ją ochroną jako Rezerwat Przyrody (częściowo) i atrakcję geoturystyczną.

Ciekawostki i legendy

Najbardziej znana legenda głosi, że Pustynia Błędowska powstała za sprawą diabła, który chciał zniszczyć bogate kopalnie srebra w Olkuszu. Zły duch nabrał w ogromny wór piasku znad Bałtyku i leciał, by zasypać olkuskie sztolnie. Wór jednak okazał się przedziurawiony (przebił go anioł lub święty, czuwający nad górnikami) i piasek wysypał się po drodze, tworząc wielką pustynię właśnie tu, między Błędowem a Kluczami. Stąd piachy, które pierwotnie należą do wybrzeża morskiego, znalazły się w sercu lądu. Inna legenda mówi o sabatach czarownic – podobno na Pustyni Błędowskiej diabły i czarownice urządzały tańce i harce, bo to miejsce przeklęte przez Boga za ludzką chciwość (nadmiar srebra). Co do faktów: w XIX wieku pustynia słynęła z zjawiska fatamorgany – w upalne dni notowano tu miraże i zjawiska optyczne (podobno można było zobaczyć „morze” na horyzoncie, będące obrazem odległych zbiorników wody). Również w przeszłości opisywano „burze piaskowe” – wiatr potrafił unosić tumany piasku, które zasypywały pobliskie pola. Unikalny mikroklimat pustyni sprawił, że występują tu gatunki owadów i roślin niespotykane gdzie indziej w Polsce, np. pewien gatunek mrówki (występujący tylko w Afryce Północnej i tu!) czy wydmuchrzyca piaskowa – trawa typowa dla nadmorskich wydm. Pustynia Błędowska „zagrała” w literaturze – Stefan Żeromski w „Ludziach bezdomnych” opisał ją w symbolicznej scenie, a Jurij Olesza (pisarz radziecki) uwiecznił ją w powieści „Zawiść”. W kulturze popularnej również się pojawia – np. kręcono tu teledyski, a nawet sceny do filmu „Faraon” Jerzego Kawalerowicza (w latach 60., gdy pustynia była jeszcze całkiem pozbawiona roślinności, posłużyła za plener egipskiej pustyni). Dziś, dzięki pracom rekultywacyjnym, Pustynia Błędowska znów odkrywa swoje piaszczyste oblicze i budzi zachwyt turystów.

Co warto zobaczyć?

Najlepszym sposobem na podziwianie Pustyni Błędowskiej jest wizyta na jednym z punktów widokowych na jej obrzeżach. Polecamy szczególnie punkt „Róża Wiatrów” w Kluczach – to drewniana platforma na wzgórzu, z której rozpościera się panoramiczny widok na prawie całą pustynię. Dotrzecie tam jadąc od strony Ogrodzieńca przez Chechło do Kluczy (niewielki objazd szlaku). Z platformy zobaczysz ogromną połacię jasnego piasku, poprzecinanego wstęgą zieleni – to płynąca środkiem pustyni rzeczka Biała Przemsza, którą porastają wierzby i olchy. Na horyzoncie majaczą lasy i kominy Olkusza. Przy punkcie widokowym ustawiono tablice edukacyjne – dowiesz się z nich m.in. o występujących tu unikatowych roślinach i zwierzętach. Można też obejrzeć zdjęcia pustyni sprzed stu lat (niemal bez roślin) i współczesne, co ukazuje skalę zmian. Alternatywnym widokiem jest punkt na wzgórzu Dąbrówka w Chechle – tam również jest platforma i nawet duża huśtawka zawieszona nad stokiem, co stało się instagramową atrakcją. Po nasyceniu oczu panoramą warto zejść nieco niżej i wejść bezpośrednio na piach. W wyznaczonych strefach (np. przy „Róży Wiatrów” jest zejście) można stąpać po pustyni – od razu poczujesz zapadanie się stóp, ciepło bijące od podłoża i suchy, aromatyczny zapach rozgrzanego piasku. Rozciąga się przed tobą przestrzeń jak okiem sięgnąć – piasek tworzy niewielkie wydmy, gdzieniegdzie porośnięte kępami traw lub młodych sosen. Możesz spróbować podejść dalej, ale uwaga: odległości na pustyni bywają złudne, a orientację łatwo stracić, gdy wszystko wygląda podobnie. Wybierz jakiś punkt orientacyjny (np. platformę widokową za sobą) i nie oddalaj się zbytnio. Można wziąć do ręki garść piasku – jest drobny, niemal biały, przesypuje się przez palce. Pustynia Błędowska latem potrafi nagrzewać się do bardzo wysokich temperatur, więc docenisz każdy powiew wiatru. Jeśli masz szczęście, może zobaczysz mini-trąbę powietrzną unoszącą pióropusz piasku – to tzw. wiry pyłowe, występują tu przy silnym nasłonecznieniu. Warto zostać do zachodu słońca – widok czerwonego słońca tonącego w morzu piasku jest niesamowity, a cienie wydm wydłużają się, rysując kontrastowe linie. Nocą z kolei (choć to już raczej nie w ramach tej wycieczki) pustynia oferuje przepiękne niebo pełne gwiazd – brak sztucznych świateł sprawia, że widać Drogę Mleczną jak na dłoni.

Dla rowerzystów

Dla rowerzystów Pustynia Błędowska stanowi nie lada atrakcję i odrobinę wyzwania. Jeśli jedziecie od strony Ogrodzieńca, najlepiej podjechać pod punkt widokowy w Kluczach asfaltową drogą (to parę kilometrów od głównego szlaku, ale zdecydowanie warto). Rower można zostawić przy wiacie na punkcie „Róża Wiatrów” – jest tam sporo miejsca, są stojaki i zazwyczaj kręcą się turyści (relatywnie bezpiecznie). Dalszą eksplorację pustyni lepiej zrobić pieszo. Wchodzenie rowerem na luźny piasek jest prawie niemożliwe – koła grzęzną momentalnie. Natomiast jeśli ktoś dysponuje rowerem górskim z bardzo szerokimi oponami i czuje się na siłach, może spróbować krótkiej jazdy brzegiem pustyni, gdzie piasek jest bardziej ubity. Generalnie jednak frajda z tego średnia – lepiej zrobić kilka kroków bez roweru i mieć wolne ręce do robienia zdjęć. Na punkcie widokowym można w międzyczasie uzupełnić płyny – bywa tam stoisko z napojami, a przynajmniej kran z wodą (w sezonie). Pustynny odcinek wycieczki to także ostatni moment, by nieco zwolnić tempo i dać odpocząć mięśniom przed finałową prostą wyprawy. Słońce na otwartym terenie operuje mocno, zatem czapka na głowę i krem z filtrem to ważne wyposażenie – łatwo tu o szybką opaleniznę (albo i poparzenie) w ciągu kilkunastu minut. Dla rowerzystów lubiących przygody organizowane są nawet specjalne rajdy terenowe po pustyni – ale w ramach naszej wycieczki zostawimy piaski w spokoju. Po nacieszeniu się widokami wystarczy zjechać parę minut do Chechła lub Kluczy, by znów wrócić na zielone tereny i złapać szlak prowadzący do ostatniego zamku. W nogach macie już sporo kilometrów, ale świadomość, że kolejny przystanek będzie zwieńczeniem wyprawy, dodaje sił. Pustynny epizod na pewno zapamiętacie jako egzotyczną ciekawostkę – bo gdzie indziej w Polsce można zobaczyć taki krajobraz, i to w trakcie jednej wycieczki z zamkami i lasami?

12. Zamek Rabsztyn

Historia

Naszą wyprawę wieńczy wizyta na zamku, który choć mniej znany, ma również bogatą historię – to Zamek Rabsztyn, położony tuż pod Olkuszem. Nazwa „Rabsztyn” pochodzi prawdopodobnie od niemieckiego „Rabenstein” czyli „Krukowiec” (Skała Kruków) – być może kiedyś kruki krążyły nad tą warownią. Pierwsza wzmianka o drewniano-ziemnym grodzie na wzgórzu Rabsztyn pochodzi z XIII wieku. Murowany zamek zbudowano dopiero w czasach Kazimierza Wielkiego w XIV w., aby strzec bogatych terenów olkuskich (gdzie wydobywano srebro i ołów). Warownia składała się z zamku górnego na wysokiej skale oraz podzamcza poniżej. W XV–XVI w. zamek często zmieniał właścicieli spośród możnych rodów – był w posiadaniu m.in. Toporczyków, Tenczyńskich, Bonerów i Firlejów. Ci ostatni w XVII wieku przebudowali dolne partie zamku na renesansową rezydencję, dodając wygodne pałacowe zabudowania. Niestety, jak większość twierdz na szlaku, Rabsztyn został zrujnowany w czasie potopu szwedzkiego – dwukrotnie go oblegano (1655 i 1657 r.), a gdy Szwedzi wycofali się, zamek był w opłakanym stanie. Kolejni właściciele (szlachta na usługach króla) nie mieli funduszy na odbudowę; ostatecznie w 1683 roku opuszczony Rabsztyn spłonął od uderzenia pioruna i odtąd pozostawał w ruinie. Przez wieki mury rozbierano lub zasypywały się one gruzem. Dopiero niedawno, bo w XXI wieku, doceniono jego potencjał turystyczny: przeprowadzono prace zabezpieczające, częściowo odbudowano wieżę i odtworzono drewniany most do zamku górnego. Zamek Rabsztyn w nowej odsłonie został udostępniony zwiedzającym – stanowi ciekawy punkt na zakończenie szlaku, łącząc ruinę z elementami rekonstrukcji.

Ciekawostki i legendy

Rabsztyn również ma swoje duchy i tajemnice. Jedna z legend mówi o duchu rycerza rozbójnika, zwanego Skrzyński, który w czasach saskich (XVIII w.) urządził sobie z ruin Rabsztyna kryjówkę i napadał na kupców na trakcie olkuskim. W końcu został schwytany i stracony, ale jego niespokojna dusza nie zaznała spokoju – do dziś ma straszyć nocami na zamku, szukając swoich ukrytych łupów. Lokalni mieszkańcy opowiadali też o Białej Damie przechadzającej się po murach – ponoć to zjawa nieszczęśliwej branki tatarskiej, którą przed wiekami więziono w zamku i która rzuciła się z wieży, nie mogąc wrócić do ojczyzny. Z bardziej przyziemnych ciekawostek: przy zamku znajdowała się osada i folwark, gdzie w XVII w. działała huta szkła – odkryto fragmenty szkliwa i pieców hutniczych, co wskazuje, że produkowano tam ozdobne szkła (może do okien zamkowych?). Pod zamkiem znajduje się też wykuta w skale loch-studnia, głęboka na kilkadziesiąt metrów – według podań to w niej właśnie miał zginąć ów zbój Skrzyński, zrzucony do głębi. Przez lata ruiny Rabsztyna były miejscem lokalnych zabaw i ognisk – pobliscy olkuszanie chętnie urządzali tu majówki jeszcze przed wojną. W 1940 r. na wzgórzu Rabsztyn doszło do potyczki partyzantów z Niemcami – upamiętnia to tablica pamiątkowa u stóp zamku. A współcześnie, podobnie jak inne zamki, Rabsztyn również doczekał się „minuty sławy” w filmie: nakręcono tu sceny do serialu „Janosik” (zamek udawał jeden z tatrzańskich zamków magnackich). W 2020 roku, po zakończeniu prac remontowych, zamek został uroczyście otwarty wraz z inscenizacją historyczną – podobno sam duch Zawiszy Czarnego (średniowiecznego rycerza, który bywał na Rabsztynie) „przybył” wtedy na koniu, by symbolicznie przekazać zamek mieszkańcom. Takie kolorowe wydarzenia na trwałe wpisały Rabsztyn w kalendarz kulturalny okolicy.

Co warto zobaczyć?

Na zamek Rabsztyn składają się dwie części: zamek dolny (podzamcze) i zamek górny na szczycie skały. Zwiedzanie zaczyna się od podzamcza – tu zobaczysz pozostałości fundamentów i murów budynku mieszkalnego z XVI w. (resztki ścian sięgają kilku metrów) oraz fragment bramy dolnej. W sezonie na dziedzińcu stoi kilka replik machin oblężniczych (taranu, balisty), które dzieci chętnie oglądają, a dorośli mogą sobie przypomnieć czasy oblężeń. Z podzamcza na zamek górny prowadzi imponujący drewniany most zwodzony, zrekonstruowany nad dawną fosą skalną. Przechodząc przez most, docierasz do odrestaurowanej bramy właściwej. Nad wejściem powiewa flaga z herbem Olkusza, a dawniej być może wisiała tam tablica z datą budowy – dziś zastąpiła ją nowa inskrypcja upamiętniająca odbudowę. Po wejściu wejdź na główny dziedziniec zamku górnego. Najbardziej rzuca się w oczy odbudowana część wieży – to okrągła baszta, której górną kondygnację odtworzono. Wejdź do środka – w wieży urządzono niewielką salę wystawową, gdzie prezentowane są znaleziska z wykopalisk (ceramika, fragmenty kafli piecowych, groty bełtów itd.), a także plansze opowiadające historię zamku. Krętymi schodkami wspiąć się można na taras widokowy na szczycie wieży. Stamtąd widok jest wspaniały: tuż obok widać ruiny najwyższej części zamku (ściany domu mieszkalnego i resztki drugiej wieży), niżej – całe podzamcze i okolice porośnięte lasami. Przy dobrej pogodzie na horyzoncie lśnią wieże Olkusza, a nawet majaczy sylwetka komina w Trzebini. Po zejściu z wieży obejdź dziedziniec – zobaczysz jeszcze zachowane fragmenty gotyckiego muru obronnego oraz dawnej kuchni zamkowej (rozpoznasz po miejscu na palenisko). W skale od strony północnej tkwi zagłębienie – to właśnie wylot dawnej studni/lochu. Jest zabezpieczony kratą, ale gdy zajrzysz, odczujesz chłodny powiew od podziemi. Strach pomyśleć, że trzymano tam niegdyś więźniów! Obecny Rabsztyn dba też o żywy kontakt z historią – w lecie często natkniesz się tu na wydarzenia z udziałem rekonstruktorów w strojach szlacheckich, pokazy tańców dawnych czy warsztaty rzemiosł (np. garncarstwo, płatnerstwo) organizowane dla zwiedzających. Na zamku znajdziesz również stoisko z pamiątkami i lokalnymi wyrobami (miód rabsztyński, pocztówki, ręcznie kute podkowy na szczęście). Gdy zejdziesz już na dół, warto podejść jeszcze na sąsiednie wzgórze – stoi tam drewniany dworek z XIX w., mieszczący kawiarnię i mini-muzeum (czasem odbywają się tam wernisaże). Z tego miejsca widać zamek w pełnej krasie – białe ruiny otoczone zielenią, z dumnie odbudowaną wieżą. To obraz idealny na zwieńczenie podróży.

Dla rowerzystów

Zamek Rabsztyn jest dogodnie położony – tuż obok przebiega szosa z Olkusza, więc dotarcie tu nie sprawia trudności orientacyjnych. Czeka was jeszcze jeden, ostatni podjazd – droga wspina się zakosami na wzgórze zamkowe, ale na szczęście jest to krótki odcinek. Po drodze miniecie drewniany dworek (jeśli czasu mało, można od razu jechać pod ruiny). Bezpośrednio pod zamkiem znajduje się plac z wiatą i stojakami na rowery. Tutaj możecie zostawić swoje dwukołowe rumaki i dalej ruszyć pieszo mostem na zamek. Uwaga – most jest dość wąski i stromy, prowadzenie po nim roweru byłoby niewygodne, lepiej zostawić go na dole. Zmęczenie po tylu kilometrach może już dawać się we znaki, ale świadomość, że to finałowa atrakcja, dodaje adrenaliny. Weźcie głęboki oddech – powietrze tutaj jest świeże, pachnie lasem, jakieś zioła porastają wzgórze, czując zapach tymianku czy macierzanki. Zwiedzając Rabsztyn, poczujecie może mniejsze „wow” niż przy Ogrodzieńcu, ale za to bardziej kameralny klimat – często bywa tu spokojnie, bez tłumów. To pozwala w skupieniu podsumować całą wyprawę. Rozejrzyjcie się z wieży – w zasięgu wzroku macie znaczną część trasy, którą przebyliście. To idealny moment na pamiątkowe zdjęcie grupowe – np. z rowerowymi kaskami uniesionymi w górę na tle zamku, w geście triumfu. Na dole, przy wiacie, można wygodnie usiąść, by uczcić ukończenie szlaku ostatnimi łykami napoju izotonicznego czy nawet symboliczną lampką… jurajskiej lemoniady (serwowanej w dworkowej kawiarence). Dla rowerzystów logistycznie Rabsztyn jest dobrym punktem końcowym – stąd już tylko ok. 8 km wygodnej jazdy do centrum Olkusza, skąd kursują pociągi i autobusy w różne strony (jeśli planujecie powrót komunikacją). Można więc na spokojnie spakować się, ewentualnie zjeść obiad w Olkuszu na zakończenie przygody. Ale zanim to nastąpi, spójrzcie raz jeszcze na zamek Rabsztyn – to dwunaste orle gniazdo na waszej trasie, zdobyte!

Zakończenie: W ciągu trzech dni pokonaliśmy na rowerach Szlak Orlich Gniazd, odwiedzając 12 niezwykłych miejsc – od duchowej Jasnej Góry, poprzez skalne zamki i baśniowe pustynie, aż po urokliwy Rabsztyn. Ta wyprawa to podróż w czasie i przestrzeni: setki lat historii, legendy o duchach i skarbach, zapierające dech krajobrazy Jury Krakowsko-Częstochowskiej oraz sportowa satysfakcja z każdego pokonanego podjazdu. Mamy nadzieję, że ten przewodnik uczynił waszą wyprawę ciekawszą i pełniejszą wrażeń. Szlak Orlich Gniazd pokazuje, jak bogate i różnorodne jest dziedzictwo naszego kraju – tutaj każdy zamek szepcze własną opowieść, każda skała kryje tajemnicę, a każdy przejechany kilometr przynosi nowe odkrycia. Dla rowerzysty to prawdziwa przygoda, gdzie wysiłek nagradzany jest niesamowitymi widokami i niezapomnianymi chwilami. Gratulujemy przejechania całego szlaku i życzymy kolejnych wspaniałych rowerowych wypraw – być może znów spotkamy się na jakimś malowniczym szlaku, gotowym do zdobycia. Szerokiej drogi!